piątek, 15 kwietnia 2011

SWATCHownia - L'Oreal Color Infallible Eyeshadow

Dzisiaj będzie mało gadania, a dużo oglądania. Tematem przewodnim będą najnowsze cienie L'Oreal Color Infallible, których co prawda w Polsce jeszcze nie ma, ale - jak to mówią - dla chcącego nic trudnego ;)


W zależności od kraju cienie te występują  w różnych kolorach, przeważnie 8-10, chociaż ich paleta jest bogatsza. Na francuskiej stronie L'Oreala znaleźć można np. cień o numerze 20, więc obstawiam, że co najmniej tyle ich jest. Ciekawe w takim razie które z nich do nas dotrą... I kiedy...

Póki co prezentuję Wam moje trzy pierwsze zdobycze spod szyldu L'Oreal Color Infallible, chociaż na ich opakowaniach jak wół stoi Infaillible. Niemniej jednak ta nazwa funkcjonuje chyba tylko we Francji, nooo może jeszcze w innych krajach francuskojęzycznych, a w pozostałych zwą je Infallible, więc niech im tam będzie.

Color Infallible to coś zupełnie nowego w dziedzinie cieni do powiek. Nie są to ani zwykłe cienie prasowane, ani standardowe sypkie. Producent twierdzi, że są połączeniem cieni pudrowych z kremowymi i coś w tym jest! Wystarczy tylko delikatnie dotknąć ich palcem, aby się przekonać, że te z pozoru sprasowane pigmenty tracą swą zwartą strukturę i zamieniają się w bardziej sypkie, ale znów przy nakładaniu na powiekę rozprowadzają się równie gładko, jak kremowe. Ot, taka cieniowa hybryda.


Z racji swej konsystencji cienie zamknięto w słoiczkach wyposażonych w specjalną przykrywkę, która - jak mniemam - ma czuwać nad zachowaniem sprasowanej struktury, a może też w pewien sposób ochronić przed odparowaniem zawartych w nich olejków. Co prawda to tylko moje domysły, ale jakby nie było coś takiego do nich podobno dodali.


Od razu zaznaczam, że nie ma się co obawiać, że będą się zwijać i zbierać w załamaniu powieki, jak większość, o ile nie wszystkie, znane mi cienie kremowe. Bez żadnej bazy trzymają się u mnie od rana do wieczora, nie zbierając się ani trochę w załamaniu powieki i nieznacznie tylko blednąc. W zasadzie może nawet nie tyle bledną (bo kolor się trzyma), tylko blask nieco traci na intensywności. Zważywszy na fakt, że ostatnio moje powieki zrobiły się kapryśne i nawet baza pod cienie Lumene nie zawsze daje radę, jest to nie lada wyczyn! Zresztą sam L'Oreal obiecuje nam nawet 24-godzinną trwałość! Tyle ich nie testowałam, ale spokojnie 12-14h dają radę.

No i na koniec najważniejsze - kolory! Są baaaardzo intensywne, mocno napigmentowane i pięęęknie błyszczą. Zresztą co ja Wam tu będę opowiadać - same popatrzcie.


Na zdjęciach od lewej: 005 Purple Obsession, 006 All Night Blue i 009 Permanent Kaki.

W świetle dziennym w słońcu



W świetle dziennym w cieniu


Swatche na ręce w różnych stopniach nasłonecznienia, że się tak wyrażę ;)


Dodam jeszcze, że aktualnie w UK cienie te są w promocyjnej cenie 5,49GBP i w Superdrugu, i w Bootsie, podczas gdy ich normalna cena to 6,99GBP. Jak tylko będziecie mieć szansę, to kupujcie bez wahania!

CDN...

MIND THE GAP, czyli usprawiedliwienie

źródło: www.wallpapermenu.com
Londyn. Kto był, ten wie. Bo chyba nie sposób zapomnieć tego charakterystycznego komunikatu powtarzanego do znudzenia w metrze i wypisanego na każdej platformie - MIND THE GAP.

A zatem, co by nie być gołosłownym:
Proszę o usprawiedliwienie mojej nieobecności w dniach 04-14.04.2011r. z powodu wizyty w Londynie.

Cel wyprawy był rodzinno - turystyczno - zakupowy, ale zdobyczami pochwalę się innym razem, ponieważ moja stęskniona śpiąca na kolanach kocica skutecznie uniemożliwia mi rozpakowanie walizki. Co prawda wcale mi się do tego nie spieszy, bo jest to jedna z najbardziej znienawidzonych przeze mnie czynności dotyczących szeroko pojętego podróżowania. Gorsze jest tylko pakowanie. I to jak dla mnie bez większej różnicy czy chodzi o wyjazd dwudniowy czy dwutygodniowy. Naprawdę z miłą chęcią zatrudniłabym kogoś, kto by odwalał za mnie tę czarną robotę...

W ogóle to najchętniej zamiast się rozpakowywać, to bym tam wróciła. Tutaj zimno, pochmurno, wczoraj podobnież nawet grad był, a tam wiosna w pełni i spokojnie można śmigać w japonkach, a nawet się nieco opalić. Chociaż w moim przypadku, to nawet i spalić - pierwszy raz w życiu schodzi mi z czoła skóra w kwietniu (sic!)! A przecież nie byłam w żadnych tropikach, tylko w UK. I kto powiedział, że to Londyn jest mglisty i deszczowy?

Żeby nie było, że tylko Wam narzekam... Na osłodę orzeszek, a raczej wiewiór z orzeszkiem :) Co prawda fistaszki do słodyczy może nie należą,  ale csiiii....Za to sam wiewiór słodki, nieprawdaż?
 To jak, usprawiedliwionam? <prosi>

niedziela, 3 kwietnia 2011

Marcowo - zakupowo

Miałam oszczędzać. Nawet w pierwszych postach tego bloga pisałam, że w marcu nie zamierzam szaleć z uwagi na planowany kwietniowy wypad do Londynu. Plany planami, ale jak widać na załączonym obrazku (a nawet dwóch) nie przeszkodziło mi to w zakupowych szaleństwach...

Wydaje mi się, że na zdjęciach wszystko wyraźnie widać, więc dodatkowych opisów oszczędzę i sobie, i Wam. 

 Tu w zasadzie same nowości. Prócz smackersa 100% Natural, którego opisywałam już tutaj, wszystko w fazie testów.

A tutaj różnie. Część to stali bywalcy mojej łazienki - żel do golenia Nivea, maszynki Wilkinson, mini-chusteczki do higieny intymnej Facelle, wosk do twarzy Joanna Sensual, gąbeczka Zenner do zmywania maseczek i krem Fizjoderm Ziaja Med. Reszta kupiona po raz pierwszy, w dodatku część jeszcze nietknięta i grzecznie czeka na półce z zapasami na swoją premierę.

Na zdjęciach zabrakło tylko Odżywki do paznokci z ekstraktem z koralowca i krzemem Barbra Pro Nawilżenie, przed zakupem której stanowczo przestrzegam! Miała być półtransparentna i nadawać subtelne biało-satynowe zabarwienie, a w rzeczywistości jest mlecznobiała z niebiesko-fioletowym shimmerem (WTF!!). W efekcie moje dłonie wyglądają jak u topielicy! Z natury mam jasną płytkę, ale po tej odżywce wygląda biało-sino! Nie polecam! Może i dobrze działa, ale tego nie wiem i na pewno się nie dowiem, bo nikt nie zmusi mnie do jej używania. Ten jeden test wystarczył, żebym więcej nie raczyła spojrzeć w jej stronę. Swoją drogą, ciekawe kto wpadł na pomysł pakowania drobinek brokatu do odżywki?!? Już sam ten fakt sprawia, że śmiem wątpić w jej skuteczność...

TESTownia - Astor Perfect Stay Transferproof Lip Tint & Care

Chyba nikogo nie zdziwi, jeśli napiszę, że i ja dostałam do testów od firmy Astor zestaw - niespodziankę zawierający ich najnowsze dzieło.

Jak się szybko okazało, urocze kolorowe pudełeczko:


kryło zawartość rodem ze szkolnych piórników:


Dołączone ulotki odkryły przede mną tajemnicę owego wynalazku -  jest to ni mniej ni więcej tylko szminka w formie flamastra z balsamem nawilżającym.
Innowacyjna formuła flamastra do ust z balsamem nawilżającym sprawi, że Twoje usta będą niezwykle kuszące i pozostaną idealne przez wiele godzin.
Flamastrem wygodnie i precyzyjnie nałożysz kolor na usta, a balsamem dodasz im nawilżenia i blasku. Z Perfect Stay lip Tint zrobisz makijaż w kilka sekund i będziesz go pewna.
Bogata paleta barw zapewni Ci pełną satysfakcję. Z łatwością wybierzesz kolor, w którym będziesz czuła się wyjątkowa!
Perfect Stay Lip Tint - pasuje do Ciebie i Twojej torebki.

Tyle od producenta, teraz będzie ode mnie.

Na wstępie zaznaczę, że baaaardzo ucieszyła mnie zawartość paczki. Aż do jej rozpakowania nie wiedziałam, co to będzie i miałam małe obawy co do tego, że np. dostanę jakiś ichni nowy podkład w odcieniu dla skwarek - solarek ;) A tu nie dość, że taki fajny bajer, to jeszcze w trzech kolorach! W tym miejscu oddaję zatem dziękczynne pokłony firmie Astor za możliwość wzięcia udziału w tej przedpremierowej akcji testowej.

Przejdźmy teraz do konkretów.

Kolorowe pudełeczko zawierało trzy odcienie Astor Perfect Stay Transferproof Lip Tint & Care:
  • 200 - Grenadine
  • 103 - Rosewood Blush
  • 300 - Nude Sweetness

Flamastrów Astor Lip Tint używam od przeszło 2 tygodni i przez ten czas zdążyłam wyrobić sobie o nich opinię. Pozwolicie, że tym razem przedstawię ją w punktach, bo zauważyłam, że mam zbytnią tendencję do rozpisywania się...

Ogółem:
  • pierwszy występujący w kilku kolorach lip tint w Polsce - oświećcie mnie, jeśli się mylę; odcienie, jak i ich sugerowane przeznaczenie możecie poznać na oficjalnej stronie Astor Lip Tint,
  • ogólnodostępny - produkty Astor są w wielu sklepach i drogeriach, więc od 8 kwietnia, kiedy to oficjalnie wchodzą na rynek, nie powinno być problemów z ich zakupem,
  • cena i pojemność/gramatura - póki co nieznane.
Opakowanie:
  • przyciągające wzrok, a jednocześnie porządne - nie jakaś tandetna zabaweczka dla nastolatek, wyglądają na solidne i trwałe,
  • kolor opakowania wskazujący na efekt osiągany na ustach - przynajmniej w teorii, bo w praktyce nie do końca się to zgadza i można się trochę zmylić, 
  • podobnie jest zresztą z nazwami - Nude Sweetness żadnym nudziakiem nie jest, raczej taki pomarańczowo-koralowy, a znów imię Rosewood Blush zwykle noszą delikatniejsze odcienie różu,
  • kolor flamastra ułatwia rozpoznanie danego odcienia, jeśli mamy ich kilka w kosmetyczce - nie trzeba nic otwierać, wykręcać ani szukać numerku na spodzie opakowania - odcień widać gołym okiem.
Zapach, smak itp.:
  • delikatny lekko jabłkowy aromat - co prawda jakieś takie kwaśne te jabłka, ale mimo wszystko przyjemne,
  • smaku brak, za co niewątpliwy plus,
  • sam kolor pozostawia wyczuwalną, delikatnie lepką warstewkę; nałożenie balsamu niweluje ten efekt i czujemy, jakbyśmy miały tylko i wyłącznie balsam,
  • mimo wszystko są lżejsze od szminek czy błyszczyków, prawie niewyczuwalne na ustach.
Balsam nawilżający:
  • brawo za produkt 2w1 - nie trzeba nosić/kupować balsamu osobno,
  • działanie - balsam jest nawilżający nie tylko z nazwy, a naprawdę pielęgnuje,co prawda dla mnie niewystarczająco, ale nie mogę powiedzieć, żeby wysuszał; w dodatku nadaje ładny połysk,
  • kiepski sposób załączenia balsamu - łatwo go zniszczyć, jeśli się za mocno przyciśnie do ust albo nieuważnie zatknie skuwkę; lepiej by było, jakby był wykręcany,
  • nierówna ilość balsamu w poszczególnych flamastrach, co zresztą widać na zdjęciach - kolor 200 ma go mniej więcej o 1/3 mniej niż pozostałe (zdjęcia robione przed użyciem tego odcienia).
    Aplikacja:
    • końcówka flamastra jest precyzyjna i pozwala łatwo obrysować kontur ust, gorzej z ich wypełnieniem, wtedy już trzeba się trochę namachać i najlepiej malować jego boczną powierzchnią,
    • twardość flamastra wymusza mocniejszy docisk, a w przypadku delikatnego naskórka o skłonności do przesuszenia niestety podkreśla to wszelkie niedoskonałości,
    • balsam gładko sunie po ustach, ale z racji felernego jego zamocowania trzeba to robić delikatnie, z wyczuciem. 
      Kolor:
      • 6 odcieni do wyboru, może nie jest to oszałamiająco dużo, ale grunt, że wybór jest i to większy niż 1 słuszny kolor do wszystkiego i dla wszystkich, jak w Beneficie na przykład,
      • kolory są twarzowe - sama bym pewnie nie sięgnęła ani po 103, ani po 200, a okazuje się, że naprawdę ładnie się prezentują,
      • możliwość stopniowania efektu w zależności o zaaplikowanej ilości,
      • czasem pozostawia delikatne "farfocle" - jeden taki widoczny na zdjęciach 200
      • sam w sobie przesusza usta i podkreśla suche skórki, dla mnie niemożliwy do stosowania solo, bez balsamu,
      • trzeba się trochę przyłożyć do aplikacji, żeby kolor był równomierny; nie obejdzie się bez lusterka, a i obiecywane kilka sekund to też stanowczo za mało
      • zanikanie koloru jest równomierne i wygląda naturalnie, usta blakną stopniowo
      Trwałość:
      • zależna od koloru - 300 specjalnie trwały nie jest, za to 200 i 103 trwają dzielnie na ustach - bez jedzenia nawet i 2-3h, 
      • nie ma co się łudzić, że przetrwają posiłek - po obiedzie nie ma po nich śladu,
      • balsam nawilżający obniża trwałość - bez niego kolor lepiej trzyma się ust i nie pozostawia śladów na szklance/kubku; z balsamem kolor szybciej się zjada i odbija na naczyniach.
        Podsumowanie:

        Produkt niewątpliwie ciekawy i innowacyjny, wart wypróbowania. Pozwala na dłuższy czas nadać ustom wyrazisty kolor, ale bez uczucia ciężkości typowej dla szminek. Efekt jest bardzo naturalny, zupełnie jakby jakiś pigment wstrzyknąć w naskórek warg.
        Jednakże posiadaczki wiecznie suchych ust, nierozstające się nigdy z pomadką nawilżającą - tak jak ja - nie będą w pełni zadowolone z tego produktu. Balsam owszem, nawilża, ale za słabo, a stosowany ciągle na pewno szybko się skończy. Co więcej aplikacja koloru na przesuszone usta mija się z celem, a znów potraktowanie ich wcześniej balsamem niszczy końcówkę flamastra. Do okazyjnego użycia - owszem, na co dzień nie da rady.
        Mimo wszystko polecam udać się 8 kwietnia do najbliższej drogerii oferującej kosmetyki Astor i wybrać choć jeden kolor dla siebie. Warto go mieć, choćby na większe wyjścia.

        Ocena: 3/5

        Zdjęcia

        Może nie ukazują wiernie kolorów, ale zawsze coś tam można zobaczyć.

        Testy na ręce:


        Efekt na ustach w kolejności - usta naturalnie, z flamastrem i na koniec z warstwą balsamu na wierzchu.
        Aparat nieco zjadł kolory, a ja nie jestem specem w tej dziedzinie, więc fotki uzupełnię o opisy.
        Od razu zaznaczam, że moje nagie ;) usta mogą się wydawać blade, ale w rzeczywistości same w sobie mają raczej mocny kolor.

        W rzeczywistości kolor ten ma więcej pomarańczowych tonów. W ogóle to na początku używania tego odcienia kolor był jeszcze mocniejszy, wręcz pomarańczowo-miodowy, z czasem jednak złagodniał. I całe szczęście, bo to teraz mój faworyt.


        Tym razem wyszło za dużo malinowych tonów. To taka prawdziwie grenadin'owa, krwista czerwień.


        Od razu widać, że zdjęcia z flamastrem robiłam kiedy indziej. Nie dość, że nawet odcień skóry się różni, to i kondycja moich ust nie jest dzisiaj najlepsza i flamaster tylko to podkreśla :/ No ale przynajmniej kto nie wierzył, że taki Lip Tint podkreśla, a nawet wręcz bardziej wysusza wszelkie spierzchnięcia, ten ma namacalny dowód. Kolor jak zwykle przekłamany, w rzeczywistości jest o wiele chłodniejszy.

        Ogólnie musicie mi wybaczyć te foty, ale to moje pierwsze kroki w tej dziedzinie. Miejmy nadzieję, że z czasem będzie lepiej.

        PS Jako że jestem w posiadaniu Bourjois Rouge Hi-Tech Water-Based Liptint, w bliżej nieokreślonej przyszłości możecie spodziewać się porównania tych produktów.

        PPS Miało być krótko, a wyszło, jak zwykle... Bijcie, jak za dużo "gadam" ;)

        sobota, 2 kwietnia 2011

        Musiałam! czyli Original Source part II

        Jak tylko wczoraj zaraz po północy wyczytałam tutaj, że i u nas będzie dostępny żel Original Source Orange Oil & Ginger, na którego chętkę miałam już tu, wiedziałam, że będę musiała iść do Rossmanna. I tak też zrobiłam - zaraz po pracy podreptałam do najbliższego przybytku pod tym szyldem. Niestety wyszłam z niczym, bo nie było tam ani tego żelu, ani nawet żadnego innego produktu Original Source.

        Klnąc pod nosem mocno zastanawiałam się po co robią takie wielką akcję i trąbią na prawo i lewo, że 1 kwietnia te kosmetyki będą dostępne, skoro ich nie ma. Prima Aprillis czy co?

        Myślę sobie, nic to, w końcu mamy drugiego Rossmanna i jakby nie było już 30ego marca wypatrzyłam tam na półce lawendowy płyn do kąpieli Original Source, była więc nadzieja, że i żele się pojawią. Także i tam musiałam iść! Poszłam całe szczęście nie na darmo, bo może całej gamy produktów przedstawionej na stronie nie było, ale mój żel i owszem. Prócz niego jeszcze Dragon Fruit & Capscium, Mint & Tea Tree oraz Limon & Tea Tree.


        Tylko znów nie rozumiem dlaczego tak szeroko reklamowane nowości zajmowały najniższą półkę, co gorsza wśród typowo męskich żeli? Przecież męskie nie są. Nawet ten Orange Oil & Ginger, który wybrałam nie ma ani pół słowa o męskim przeznaczeniu w przeciwieństwie do jego brytyjskiego odpowiednika. I nie powiem, sama ledwie je tam wypatrzyłam, chociaż wiedziałam czego szukam. Kto o tych produktach nie wie, raczej po nie nie sięgnie. Dziwna polityka, ale przecież nie moja w tym głowa, żeby ją zrozumieć, ważne, że ja sama zakupu dokonałam.

        W zasadzie to z miłą chęcią wzięłabym i pomarańczę, i miętę i cytrynę, ale z racji planowanych szaleństw w UK ograniczyłam się do tego jednego. Niemniej jednak po resztę na pewno sięgnę bliżej lata!

        Oczywiście, skoro żel już kupiłam, musiałam i użyć. A skoro użyłam, musiałam się z Wami podzielić wrażeniami na gorąco!

        Żel jest boski!

        Pachnie soczystymi pomarańczami doprawionymi lekko korzenną nutą z wyraźnie wyczuwalnym orzeźwiającym imbirem. Normalnie cud, miód i orzeszki!

        Producent, nota bene Cussons, zapewnia, że do wyprodukowania butelki żelu poszło im 10 prawdziwych pomarańczy, oczywiście doprawionych imbirem. Ciekawe.

        źródło: www.thedailygreen.com
        Konsystencję ma raczej rzadką niż gęstą, ale wydaje się być wydajny. Wcale nie trzeba go dużo używać, chociaż specjalnie się nie pieni. Za to czuć w nim całe bogactwo olejków, którymi jest wypakowany po brzegi. Skóra po prysznicu jest wyczuwalnie gładka i pachnąca. Podobne odczucie mam po żelach TBS.

        Z kwestii technicznych na uwagę zasługuję zamknięcie żelu, a dokładniej specjalna gumowa zatyczka, która blokuje samoczynny wypływ żelu. Dopiero jak naciśniemy butelkę, żel z niej wypływa. Co prawda nie wiem na ile to jest szczelne, bo w sklepie sprawdzałam 3 egzemplarze i każdy miał troszkę uciapany ten wylot butelki, no ale ogólne założenie jest fajne. Z rozwiązaniem takim spotkałam się już wcześniej w żelach pod prysznic Fruttini czy odżywkach do włosów 3-Minute Miracle Aussie. Kto używał, ten wie.

        Kosmetyki Original Source nie są testowane na zwierzętach, są produktami wegańskimi, a ich butelki nadają się do ponownego recyklingu. Miło.

        Za żel o pojemności 250ml zapłacicie 9,9zł.

        Skład pozwolicie, że uzupełnię później.

        Tymczasem zmykam spać. Dobranoc!

        EDIT:
        Wrzucam obiecany skład.
        Składniki: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide DEA, Citrus Sinesis, Zingiber Officinale Root Oil, Eugenia Caryophyllus Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Cymbopogon Martini Oil, Eucalyptus Globulus Leaf Oil, Cinnamomum Camphora Leaf Oil, Turpentine, Copaifera Officinalis Resin, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, PEG/PPG-120/10 Trimethylopropane Trioleate, Laurteh-2, Lactic Acid, Sodium Benzoate, Benzotriazolyl Dodecyl p-Cresol, Tetrasodium Glutamate Diacetate, BHT, Citral, Limonene, Eugenol, Geraniol, CI 15985

        czwartek, 31 marca 2011

        TESTownia - Maybelline the One by One Volum' Express Mascara

        Jakiś czas temu, dzięki poleceniu pewnej Dobrej Duszy, dostałam do testów najmłodsze dziecko Maybelline, czyli tusz One by One.



        W sumie to dotarły do mnie nawet dwie sztuki, ponieważ w pierwszej szczoteczka była w środku opakowania zagięta o 180', a po wyjściu na światło dzienne przyjęła kąt ok. 90', co widać na poniższym zdjęciu. Jak to się stało nie wiem i pierwszy raz takie cuda widzę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że to był odosobniony przypadek i nikomu nie zdarzy się kupić takiego połamańca, bo znając życie wymiana w sklepie nie poszłaby tak gładko, jak u mnie. Nie minął tydzień, a już miałam w domu kolejny, tym razem już prosty jak drut ;), egzemplarz.


        Co prawda ten pierwszy troszkę się już sam z siebie wyprostował (aktualnie krzywizna szczoteczki wynosi może z 15'), ale i tak niektóre włókienka w wyniku zagięcia pozostały uszkodzone i nierówno się układają, więc pewnie nie pozostałoby to bez wpływu na efekt końcowy. Także tym bardziej brawa dla Maybelline za pozytywną i szybką reakcję.

        Tyle tytułem wstępu, a teraz przejdźmy do rzeczy.


        Tusz, jaki jest, każdy widzi ;) Opakowanie to standardowa baryłka, jak to na linię Volum' Express Maybelline przystało, tym razem w pięknym, i jakże modnym ostatnio, koralowym kolorze.
        Szczoteczka, jak widać, w tej samej barwie - specjalnie dla Was ją wypucowałam, żeby lepiej ukazać i kolor, i ząbki, fachowo zwane włókienkami elastomerowymi. Producent zapewnia, że jest ich trzysta, ale prawdę mówiąc nie liczyłam. Grunt, że naprawdę wywiązują się ze swojej roli i świetnie rozczesują rzęsy. Co prawda nie jest to może efekt jak spod igły, ale osobiście za takim nie przepadam, więc pod tym względem jestem w zupełności usatysfakcjonowana.


        Szczoteczka zwraca uwagę nie tylko kolorem, ale i nowatorskim kształtem połączonym z wcale nie tak małym rozmiarem. Przyznam, że po złych doświadczeniach z Volume Collagene L'Oreala trochę się jej obawiałam, ale już po pierwszym użyciu okazało się, że niepotrzebnie.
        Maybelline One by One naprawdę jest wygodna w użyciu i mimo swej wielkości nie ciapie tuszem górnej powieki. Myślę, że sekret tkwi tu w dozowniku, który ściąga nadmiar tuszu ze szczoteczki. Co więcej malowanie nią dolnych rzęs to już w ogóle bajka - chyba w życiu nie szło mi to łatwiej i szybciej! Tu chyba zasługi należą się samemu kształtowi szczoteczki, a dokładniej jej wypukłościom.

        źródło: www.maybelline.com
        Co do samego efektu na rzęsach, to Maybelline obiecuje nam "wyjątkowo zmysłową objętość bez grudek".

        Jak to się ma do rzeczywistości?

        Rzęsy faktycznie zyskują na objętości, ale czy jest ona aż tak wyjątkowo zmysłowa, to bym się kłóciła. Ogólnie mam gęste, tyle że jasne rzęsy, więc wystarczy je dokładnie pokryć kolorem, nieco pogrubić i porządnie rozdzielić, żeby zmalować na oczach mały wachlarzyk ;) Ten tusz robi to może nie najgorzej, ale też nie najlepiej, a już na pewno daleko mu do efektu z reklamy...

        Sama jego aplikacja nie przysparza problemów - szczoteczka gładko sunie po rzęsach, ładnie je rozdziela, delikatnie unosi i wydłuża. Niestety kłopoty zaczynają się przy drugiej warstwie - wtedy na światło dzienne lubią wychodzić mikro-włókienka, które przyczepiając się do końcówek rzęs tworzą niezbyt estetyczny efekt. Także w przypadku Maybelline One by One pośpiech jest jak najbardziej wskazany i najlepiej nakładać jedną warstwę za drugą. Z tym, że dwie to już wszystko, bo przy trzeciej trudno zapobiec grudkom.

        Niestety z tego powodu jak dla mnie pogrubienie nie jest wystarczające. Lubię mocno podkreślone rzęsy, a ten tusz mi tego nie daje. W sumie to bardzo się nie czepiam, bo nikt tego specjalnie nie obiecuje, ale informuję. Zresztą może jeszcze z czasem tusz ciut zgęstniej i się pod tym względem wyrobi - w końcu to dopiero wstępne testy.

        Za to na pewno na plus zaliczyć mogę kolor. Dostałam Glam Black i czerń jest naprawdę ładna i lśniąca.

        Jeśli chodzi o trwałość - też jest nieźle. Dopiero pod wieczór można dostrzec pod oczami jakieś nieliczne okruszki. To niewątpliwa poprawa, przynajmniej w porównaniu do Colossala, który osypywał się praktycznie od razu. Co prawda nie polecam udawać się z One by One na fitness, bo intensywnego treningu nie przetrwa (okruszki są wtedy bardziej liczne niż nieliczne ;) ), ale w normalnej, codziennej eksploatacji jest ok.

        Zresztą efekty końcowe możecie ocenić same. Przepraszam tylko za tą małą wyrwę w mojej linii rzęs, ale to akurat nie wina tuszu, tylko po prostu co jakiś czas tak mi się robi :/ Dopiero na zdjęciach to zauważyłam.


        Poniżej jeszcze kilka dodatkowych ujęć tego samego oka z tej samej sesji ;) O dziwo, tu tego mojego małego przerzedzenia aż tak nie widać.


        Ogólnie efekt jest ładny i jak dla mnie dobry na co dzień, do pracy, kiedy to praktycznie nie maluję powiek. Leniwiec ze mnie i wolę 5 minut dłużej pospać niż bawić się rano z cieniami, kredkami itp.

        Na koniec dodam tylko, że tusz standardowo kosztuje 31-34zł, a w promocji można go upolować i za 25zł. Dostępny jest w trzech kolorach: czarnym, szarym i brązowym.
        Więcej informacji na jego temat znajdziecie na stronie Maybelline.

        Ocena: 3,5 / 5

        środa, 30 marca 2011

        D.N.O. - vol. 3

        Marzec praktycznie dobiegł już końca, a ja dobiłam dna ostatnich w tym miesiącu butli, tubek i słoiczków. W związku z tym rozpoczynam nowy cykl, zwany zwykle - Projektem Denko, a u mnie po prostu - D.N.O. :)

        A skąd vol. 3, skoro dopiero zaczynam? Ano stąd, że - jak powszechnie wiadomo ;) - marzec to trzeci miesiąc w roku, więc na początek serii przewrotna trójka, zamiast standardowej jedynki :)

        No to po kolei...




        1. Ziaja Pro, Maska uspokajająca - nie będę się powtarzać, dokładna recenzja tutaj.



         2. Yves Rocher, Jardins du Monde, Kremowy żel pod prysznic, Kawa - jeden z moich ulubieńców, jeśli chodzi o żele YR i w ogóle; kremowa konsystencja, delikatna, pieszcząca ciało pianka, i cudny, pobudzający zapach kawy! polecam gorąco, zwłaszcza na zimowe poranki. Choć wolę typowe żelowe żele ;) dla tych z YR mogę robić wyjątek, bo są świetne.



        3. Bonne Bell, Lip Smacker, 100% Natural, Vanilla Bean - jeden z lepszych smackersów, z jakimi miałam do czynienia, a było tego trochę. Aktualnie zużywam już kolejną sztukę. Świetnie pielęgnuje, a przy tym wygląda jak błyszczyk. Szybko radzi sobie z suchą, spękaną skórą warg. Nie polecam go jednak na mrozy, bo mimo bogactwa naturalnych składników jest za lekki, żeby dobrze chronić przed zimnem. Ale na wiosne-lato-jesień w sam raz. W zimie polecam używać w domu czy w pracy. Zapach boski - coś jak palone ziarna wanilii, przypomina mi nieco aromat sławetnego tropikalnego scrubu Planet Spa Avonu.







         4. Vichy, Purete Thermale, Nawilżający tonik do twarzy - cera normalna i mieszana - gdyby nie cena, mogłabym już przy nim pozostać. Robi co trzeba - nawilża, naprawdę odświeża, a do tego przyjemnie pachnie i jest delikatny dla cery.






        5. Gillette, Satin Care, Żel do golenia, Aloes - ostatni kupuję żel z Gillette! Pierwszy raz testowałam je z 10 lat temu, o ile nie więcej, ale nie przypadły mi do gustu, bo były za rzadkie, a mimo wszystko rok temu po zmianie szaty graficznej sięgnęłam po nie ponownie. Miałam kwiatowy, potem awokado. W sumie wydawały się ok. Do czasu. Przy poprzednim już miałam jakieś zastrzeżenia, a przy tym przekonałam się już całkowicie, że wcale nie są takie wydajne, a sama piana nie jest tak gęsta, jak w przypadku mojej ukochanej Nivejki dla facetów. Ceny też już nie najniższe (kiedyś w promocji bywały po 12zł, teraz już raczej po 15zł :/), a sam to niestety za mało, żebym sięgnęła po nie ponownie.




         6. Nivea, Apricot Creme, Pielęgnujący żel pod prysznic - kolejny ulubieniec, niestety chyba już wycofany :( Ten egzemplarz upolowałam kiedyś w CND w Rossmannie i od tamtej pory go nigdzie nie spotkałam. Konsystencja kremowa, ale taka rzadsza, choć mimo tego dobrze myje i ładnie się pieni. Zapach apetyczny, morelkowy z delikatną mleczną nutką. Mam nadzieję, że jednak jeszcze wróci na sklepowe półki, bo jest to jedyny (poza tymi z YR) kremowy żel pod prysznic, który lubię. W przypadku pozostałych mam wrażenie niedomycia :/





        7. Dr.Scheller, Argan & Amarant, Przeciwzmarszczkowy krem na dzień - też nie będę się powtarzać, szerszy opis tutaj.


         


         8. Rossmann, Isana, Krem do ciała 5% Urea - zużyć, zużyłam, ale więcej nie wrócę. Może i ten mocznik wygładza skórę, ale sam krem pozostawia nieprzyjemną klejącą warstwę. Zapach też nie do końca mi pasował. Koniec końców skończył jako krem do ramion, ale i tak nie poradził sobie z moją zimową zmorą - zapaleniem mieszków włosowych.





        9. Vichy, Purete Thermale, Płyn micelarny - zużywam z przyjemnością i nie mam żadnych zastrzeżeń. Zmywa, co ma zmyć, nie podrażnia nawet oczu, a przy tym nie zabija ceną (przynajmniej na Allegro). Tym razem miałam mini wersję 100ml, ale przerobiłam i flaszkę 400ml.









         10. Garnier, Mineral Active Dry, Upał-Stres-Sport, Roll-On - to już moja druga kulka w tej wersji, a ogólnie trzecia czy czwarta z serii Mineral Active. W przeciwieństwie do poprzednich antyperspirantów Garniera te są naprawdę świetne. Akurat w tej wersji nie do końca pasuje mi zapach i to, że czasem jednak delikatnie brudzi ubrania, ale ogólnie rzecz biorąc warto kupić, bo chroni naprawdę nieźle. Teraz co prawda mam wersję niebieską Przeciw Białym Śladom, ale następna na pewno będzie któraś z nowych kulek Invisi-Mineral;)





        11. L'Biotica, Biovax, Intensywnie regenerująca maseczka do włosów ciemnych - kupiłam, jak jeszcze byłam rudzielcem, ale mimo wszystko dobrze mi służyła. Specjalnego wpływu na kolor nie zauważyłam ani wtedy ani teraz, gdy po ostatnim farbowaniu zrobiłam się bardziej na brąz. To po prostu kolejna porządna maseczka spod szyldu Biovax, która nawilża i odżywia włosy, nadaje im ładny połysk, a przy tym nie obciąża włosów. Polecam.






        12. Palmer's, Cocoa Butter Formula, Balsam do ciała - balsam jest przedziwny. Ma budyniową konsystencję, wydaje się naprawdę dość treściwy, a wchłania się w trymiga nie pozostawiając po sobie ani śladu. Noo, prócz mocno kakaowego aromatu ;) Jednakże mimo braku jakiejkolwiek wyczuwalnej warstewki, balsam bardzo dobrze pielęgnuje przesuszoną zimową aurą skórę. Myślę, że jeszcze skuszę się na zakup, ale tym razem wersji bezzapachowej, bo ta stosowana na co dzień potrafi jednak zamęczyć zapachem.



        I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zakupy... Ale o tym może innym razem ;)

        sobota, 26 marca 2011

        Mój mały wybawca

        Chyba każdej z nas, szczególnie na początku swych przygód z lakierami, zdarzyło się wyjechać pędzelkiem za daleko i niechcący pomalować sobie skórki :/ W czasach mojej zamierzchłej przeszłości nie pozostawało nic innego, jak chwycić za "patyczki" do czyszczenia uszu i maczając je w zmywaczu próbować usunąć wylany na skórki lakier. A że wychodziło to z mniejszym lub większym skutkiem i czasami mimo wszystko nie obyło się bez konieczności zmywania całego paznokcia i malowania od początku, to już inna bajka...

        A teraz? Koniec z "patyczkami"!, z poprawianiem w nieskończoność manicure!, bo a to za dużo się zmyło, a to jakiś kłaczek z wacika się przyczepił... Teraz z wybawieniem przychodzi nam taki oto wynalazek, jakim jest korektor do lakieru i dzisiaj chciałabym Wam przedstawić mojego ulubieńca w tej dziedzinie. Kiedyś miałam KillyS'a, potem jeszcze jakiś inny, ale jak już trafiłam na ten, to nie kombinuję i nie wydziwiam, bo nie widzę sensu. Przedstawiam Wam zatem korektor do manicure Oriflame Beauty.


        Korektor ma formę flamastra wyposażonego z jednej strony - w ściętą końcówką, służącą do właściwego użytku, a z drugiej - w wymienny zapas. W środku znajduje się oczywiście wkład ze zmywaczem do paznokci, w tym egzemplarzu akurat  bezacetonowym, z dodatkiem olejku ze słodkich migdałów.

        Owa końcówka ma odpowiednią twardość, a do tego jest na tyle cienka, że z łatwością można nią dokonać nawet dość precyzyjnych poprawek w manicure. Wystarczy delikatnie przejechać, a w przypadku grubszych usterek przez chwilkę docisnąć "pisaczek", żeby wydobyć odpowiednią ilość zmywacza i wymazać niechciane ślady. Z doświadczenia radzę jednak brać się do tego dopiero, jak lakier dobrze przyschnie, a już najlepiej po nałożeniu (i wyschnięciu) utwardzacza, gdyż w przeciwnym wypadku czasem może zdarzyć się tak, że zmywając wylany lakier możemy niechcący "pociągnąć" warstwę z płytki i zepsuć cały efekt. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi.


        Co ważne końcówka tego korektora nie eksploatuje się tak szybko, jak w przypadku innych testowanych przeze mnie tym podobnych wynalazków. KillyS dawał 3 czy 4 zapasy, tu jest tylko 1, ale wierzcie mi, że więcej nie trzeba. Oczywiście z czasem końcówka się brudzi i nabiera kolorów, zwłaszcza od czerwonych lub ciemnych lakierów, ale wystarczy ją przetrzeć chusteczką higieniczną albo nawet wacikiem nasączonym w innym zmywaczu i po problemie. Zresztą nawet jak jest trochę zabrudzona to w niczym nie przeszkadza. W zasadzie sama zmieniam ją dopiero wtedy, gdy nieco straci kształt - zmiękną i postrzępią się brzegi, co wcale nie następuje tak szybko.

        Aktualnie używany (drugi już) egzemplarz mam chyba ze 2 lata, a nowy "rysik" włożyłam jakiś miesiąc temu. Stan obu możecie zobaczyć poniżej (uprzedzam - ten stary wygląda mało estetycznie :/ ). Dodam tylko, że paznokcie mam praktycznie non stop pomalowane (u stóp też). Wyjątkiem są przerwy na kuracje odżywcze, ale te nie następują znów tak często, więc uśredniając - korektora używam zwykle 1-2 razy w tygodniu.


        Korektor ten dostępny jest oczywiście u konsultantek Oriflame, ale nic nie stoi na przeszkodzie poszukać go na przykład na Allegro. Standardowo kosztuje 24,9zł za 4,5ml, ale jak to w katalogach bywa, często bywają promocje i można go wtedy kupić już za 12-17zł. Ilościowo może wydawać się go niewiele, ale jest naprawdę wydajny. Zresztą sama kupiłam jeden na zapas, bo wydawało mi się, że ten brzydal ze zdjęcia powyżej już się powoli wykańcza ;) i skutek tego taki, że ta nówka sztuka chyba już z rok leży w zapasach.

        Ogólnie rzecz biorąc - POLECAM! Osobiście nie wyobrażam już sobie malowania paznokci bez niego i, jeśli tylko mam w planach takową czynność, biorę go ze sobą choćby na najkrótszy weekendowy wyjazd. Niby przez lata malowania paznokci doszłam do jako-takiej wprawy, ale i tak czasem zdarzy mi się malować ze zbytnim rozmachem albo kupić jakiś rzadki lakier (nie cierpię takich!) i wtedy korektor szybko i bezboleśnie usuwa nadmiar lakieru ze skórek. Zresztą odkąd go mam nie muszę się aż tak starać, bo wiem, że i tak wybawi mnie z opresji ;)

        Dla zainteresowanych - skład: ETHYL LACTATE, ETHYL ACETATE, BUTYL ACETATE, ISOPROPYL ALCOHOL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL, PARFUM

        poniedziałek, 21 marca 2011

        Recenzja: Logona LavaErde Patchouli - Ziemia wulkaniczna z olejem patchouli

        Ziemia wulkaniczna z olejem z patchouli.

        Polecana szczególnie do mycia skóry: wrażliwej, tłustej i zanieczyszczonej oraz do mycia włosów, szczególnie przy wrażliwej skórze głowy oraz przy łupieżu, a także do włosów tłustych. Włosy łatwo rozczesują się, są miękkie, jedwabiste i mają piękny połysk.

        Nie zawiera tensydów.
         
        Zastosowanie: zwilżyć włosy lub ciało i wmasować niewielką ilość - o wielkości włoskiego orzecha - w skórę. Poddać krótkiemu działaniu, spłukać dokładnie ciepłą wodą.

        Skład: Aqua (Water), Hectorite, Parfum (Essential Oils), Glycerin, Alcohol, Melia Azadirachta Extract, Pogostemon Cablin Oil, Citric Acid, Linalool, Limonene

        Cena: 27-32zł / 200ml

        http://logona.pl
        Zalet stosowania wszelkich ziem, glinek czy błotek chyba nikomu nie muszę przedstawiać, więc przejdę od razu do rzeczy.
        Nooo dobra, komu jednak muszę, to zapraszam tu, po szersze informacje na temat LavaErde czy też Ghassoul - zwał jak zwał ;)

        Ziemię wulkaniczną Logony poznałam chyba jakieś 3 lata temu i od tamtej pory jest moją ulubioną maseczką oczyszczającą do twarzy. Bo tylko tak ją stosuję. Ze skórą głowy czy włosami jakichś szczególnych problemów nie mam, a nawet jeśli bym miała, to jakoś nie wyobrażam sobie potem spłukiwania takiej mazi. Wystarczy że jak zdarza mi się trochę wyjechać nią na włosy, to się muszę chwilę pobawić zanim ją stamtąd usunę. Żeby nie było - ze skóry twarzy zmywa się bez problemu, przynajmniej gąbeczką, ale ja tak zmywam wszelkie maseczki.

        Wracając do meritum sprawy.... Glinka ma szaro-bury kolor i przez zawartość paczuli pachnie dość specyficznie. Zaznaczę, że dla mnie pachnie, bo już dla mojego otoczenia raczej śmierdzi... Co więcej zapach jest intensywny i szybko roznosi się po domu, zwłaszcza, jeśli tak jak ja, lubi się siedzieć z nią na twarzy jakieś pół godzinki, w międzyczasie wlepiając swe ślepia w monitor ;) Zasychać szybko nie zasycha, więc spokojnie można ją potrzymać z 10-15min, a ja po tym czasie zwykle wspomagam się termalką w sprayu.

        Po takim seansie cera jest naprawdę ładnie oczyszczona, wygładzona, a do tego nawilżona. Nie spotkałam się nigdy wcześniej z takim efektem, ale po zmyciu tej brunatnej mazi na skórze czuć taką przyjemną warstewkę, jakby się posmarowało jakimś nawilżającym, wygładzającym kremem. Moja wrażliwa cera, która zwykle po wszelkich glinkach natentychmiast woła pić ;) w przypadku Logony nie domaga się o nic więcej. W dodatku samo jej stosowanie nie wywołuje żadnych przykrości. Może przez pierwsze 1-2 użycia czułam delikatne podszczypywanie, ale i nic złego się nie działo, i więcej się to nie powtórzyło.

        Na koniec dodam jeszcze, że mam też porównanie z jej białą siostrą z kwiatem lotosu. Niby z założenia delikatniejsza, niby przeznaczona dla suchej i wrażliwej skóry, a to właśnie ona chciała mi na początku wypalić twarz, a w dodatku po jej zmyciu krem jest obowiązkowy! I bądź tu mądry i pisz wiersze...

        Także polecać polecam, ale tylko tą brązową, paczulową. Sama właśnie przerabiam trzecią tubkę, a łącznie z tą białą to już będzie moja czwarta LavaErde. Stosuję ją, jak wszystko inne maseczki z mniejszą lub większą regularnością ;), ale mimo wszystko braku wydajności nie można jej zarzucić. Zresztą pojemność duża, a cena jak za taką ilość naprawdę niska. Nic tylko kupować. W sklepach naturalnych albo na Allegro.

        Ocena: 5 / 5

        niedziela, 20 marca 2011

        What's up, Dr.Scheller?

        żródło: forums.techguy.org
        Z kosmetykami Dr.Scheller zetknęłam się dekadę temu, kiedy to nosiły jeszcze nazwę Apotheker Dr.Scheller. Wtedy to mój wybór, niefortunny zresztą, padł na ochronny sztyft do ust, który nie dość, że nic nie robił, to jeszcze niemiłosiernie bielił usta. Przez niego na dłuuugo zraziłam się do tej firmy i mimo peanów na KWC bałam się kupić czegokolwiek spod szyldu "doktorka" w obawie o kolejną, dość kosztowną zresztą jak na portfel studentki, porażkę.

        Niedługo potem firma całkiem zniknęła z rynku, pozostawiając za sobą tylko wspomnienie kuszących cen wyprzedażowych w Naturach, o których tylko czytałam na Wizażu, gdyż mi samej nie dane było się na nie załapać, mimo iż nawet miałam nieśmiałe zamiary zakupu.

        O dziwo, po latach nieobecności, firma odrodziła się jak Feliks z popiołów i na sklepowych półkach znów zagościły szklane słoiczki i buteleczki ze znajomym logo Pana Doktora Scheller'a (swoją drogą, ciekawe czy faktycznie takowy był?). Jak już wspomniałam tylko nazwa nieco się zmieniła, bo nawet część kosmetyków pozostała ta sama. Przynajmniej z nazw i opisów, bo jak to wygląda pod względem składów czy działania z oczywistych względów wiedzieć nie mogę.

        Początkowo wcale mnie te kosmetyki nie interesowały - wręcz dalej żywiłam do nich urazę za tamten sztyft, a w dodatku nie najniższe ceny też nie zachęcały do kupna. Z czasem zaczęły mnie jednak coraz bardziej korcić, aż wreszcie kiedyś będąc w pilnej potrzebie posiadania delikatnego dla mojej cery kremu (inny, który kupiłam niestety mnie podrażniał) dojrzałam promocję w A'propos i zdecydowałam się na krem i serum z serii dla cery wrażliwej Jojoba & Shisandra. I to był strzał w 10tkę!

        O ich działaniu za chwilę, a póki co dodam tylko, że dzięki temu duetowi przekonałam się, że jednak warto inwestować w te brązowe szklane słoje rodem z przedwojennej apteki, bo ich zawartość naprawdę służy mojej cerze. Od tamtej pory przez moją łazienkę przewinęły się jeszcze: tonik i żel z serii Owoc Granatu, przeciwzmarszczkowy krem Argan & Amarant oraz krem do rąk Nagietek. I na tym na pewno nie koniec!
        A teraz w telegraficznym skrócie o każdym z tych delikwentów ;)

         
        Balansujący krem nawilżający Jojoba & Shisandra
        - wg doktorka - Uspakajający krem nawilżający redukuje zaczerwienienia, zapobiega nowym podrażnieniom i intensywnie nawilża skórę.
        - wg mnie - W zasadzie podpisuję się pod powyższym. Dodam, że zaczęłam stosować go latem jako krem na noc, a jesienią czasem i na dzień do pracy, pod makijaż. Zastrzeżeń żadnych. Krem jest dość treściwy, ale nietłusty, dobrze się wchłaniał. Zapach początkowo mnie drażnił, z czasem zaczął mi się baaardzo podobać. Jednym słowem - porządny nawilżacz dla wrażliwców.

        Intensywne serum łagodzące podrażnienia Jojoba & Shisandra
        - wg doktorka - Intensywne serum jest niezwykle skoncentrowanym produktem do uspokojenia wrażliwej cery. Skutecznie redukuje zaczerwienienia, zapewnia długotrwałą ochronę przed nowymi podrażnieniami i wzmacnia barierę ochronną skóry.
        - wg mnie - Na efekty trzeba trochę poczekać, ale warto. Cera z czasem się uspokaja, staje się mniej reaktywna, także też jak najbardziej serum wywiązuje się ze swojej roli. Serum stosowałam najczęściej na noc pod krem, bo samo w sobie jest wodniste, zaraz wsiąka w skórę i nie daje uczucia nawilżenia czy ukojenia. Ale z kremem działa cuda. Starcza na jakieś 3-4 miesiące. Na pewno kupię znów jesienią, zresztą pewnie łącznie z którymś kremem z tej serii.


        Łagodny żel myjący Owoc Granatu
        - wg doktorka -  Żel myjący łagodnie i gruntownie usuwa makijaż, tłuszcz oraz zanieczyszczenia z twarzy. Koi oraz regeneruje skórę, ochrania ją przed wysuszaniem i zapobiega nowym podrażnieniom cery.
        - wg mnie - Pierwsze co uderza w tym żelu, to dziwna, śliska konsystencja. Żel jakby ślizgał się po skórze. Początkowo mnie to drażniło, z czasem przywykłam. Faktycznie hiper delikatny, ale czy ma jakieś działanie kojące czy regenerujące to nie wiem. Na pewno nie wysusza. Oczyszcza dobrze, nie pieni się zbytnio (co lubię), pachnie przyjemnie i jest wydajny. Ale i tak wolę Cleanance ;p

        Odświeżający tonik do twarzy Owoc Granatu
        - wg doktorka - Tonik do twarzy oczyszcza skórę, nie wysuszając jej oraz wygładza pory. Gruntownie usuwa makijaż, nadmiar tłuszczu i brud.
        - wg mnie - Od toniku nie wymagam za wiele. Ma odświeżać, nawilżać i nie podrażniać. Jak jeszcze do tego przyjemnie pachnie, to już w ogóle jest cud, miód i orzeszki. No i ten właśnie taki jest. Mimo zawartości denata w składzie nie drażni nawet moich wrażliwych oczu. Niby zaraz po przetarciu wacikiem skóra lekko się klei, ale to uczucie szybko znika i pozostaje tylko przyjemne owocowe orzeźwienie. Jedyne, co mnie na dłuższą metę drażni to szklana, w dodatku zakręcana butelka, ale i tak porównując go z aktualnie używanym Nivea Pure & Natural wygrywa w przedbiegach i działaniem i wygodą stosowania. Jeszcze go kupię.


         
        Przeciwzmarszczkowy krem na dzień Argan & Amarant
        - wg doktorka - Wzmacniający przeciwzmarszczkowy krem na dzień trwale wygładza skórę oraz zapewnia jej elastyczność. Skuteczność potwierdzona: redukuje zmarszczki do 33% w ciągu 4 tygodni. Poprawia elastyczność cery do 53% w ciągu 4 tygodni.
        - wg mnie - Co prawda nie mam zbyt dojrzałej cery, bo ledwie 30-letnią, ale krem kupiłam i z myślą o mrozach, i w ramach kuracji. Konsystencja jest na tyle bogata, że zimą sprawdzał się doskonale i na dzień, i na noc. Na noc naprzemiennie z Effaclarem Duo. Nie wiem na ile to jego zasługa, ale cerę mam teraz faktycznie ładniejszą, gładszą. Jakichś szczególnych zmarszczek nie mam, więc i szczególnego działania pod tym względem nie odnotowałam, ale kremik ogólnie polubiłam. Początkowo wydawał się aż za lekki, bo mimo gęstej konsystencji wchłaniał się raz-dwa prawie do matu, ale z czasem skóra przestała go tak chciwie spijać. Ogólnie wart uwagi, ale dla mnie tylko na sezon jesienno-zimowy, na cieplejsze dni jednak będzie za ciężki.
         
        Balsam do spierzchniętych i szorstkich rąk Nagietek
        - wg doktorka - Intensywna ochrona spierzchniętych i szorstkich dłoni. Ekstrakt nagietka działa uspokajająco, a witamina A wzmacnia skórę rąk. balsam do rąk pokrywa dłonie warstwą ochronną i łagodzi podrażnione miejsca.
        - wg mnie - Porządny, gęsty, ale ani nie tłusty, ani nie klejący krem. Przyjemnie pachnie, szybko się wchłania, pozostawia taki nieprzeszkadzający film ochronny (co lubię). Faktycznie łagodzi podrażnienia (i po przebywaniu na mrozie, i po przebywaniu z kotami ;) ) i dobrze pielęgnuje. Stawiam go na równi z moim dotychczasowym ulubieńcem - koncentratem Neutrogeny, a to nie lada zaszczyt. W zasadzie to pod względem konsystencji nawet ją przebija, ale znów pod względem działania jest ciut słabszy.



        Uffff, gratuluję tym, którzy wytrwali do końca. Teraz część nadobowiązkowa - dla chętnych, czyli tych których mimo wszystko zainteresowałam tym przydługim wywodem.

        Dr. Scheller to unikalna kombinacja natury i jej działania. Używając czysto naturalnych składników, kosztownych olejków oraz wysokiej jakości ekstraktów z całego świata Dr.Scheller opracowuje innowacyjne, skuteczne oraz certyfikowane naturalne produkty do codziennej pielęgnacji twarzy.

        Innowacyjna, kontrolowana kosmetyka naturalna:
        • 100 % całkowicie naturalnych NanoSolves
        • 100 % bez silikonów
        • 100 % bez olejków mineralnych
        • 100 % bez syntetycznych barwników
        • 100 % bez parabenów
        • 100% opakowań przyjaznych środowisku
        • oczywiście nie testowana na zwierzętach
        • dobra tolerancja skóry i skuteczność potwierdzona dermatologicznie
        NanoSolves zawierają bezbarwną emulsję z lecytyny sojowej, która nie jest modyfikowana genetycznie. Te tak zwane bio-nanosomy są mikrokapsułkami transportującymi niezwykle efektywne, czysto naturalne ekstrakty w głąb skóry. Dlatego też mogą aktywnie działać tam, gdzie są najbardziej potrzebne.

        Dostępne serie kosmetyków Dr.Scheller:
        • oczyszczanie - każda cera - Owoc Granatu
        • pielęgnacja - każda cera - Porzeczka & Marula
        • pielęgnacja - cera wrażliwa - Jojoba & Shisandra
        • pielęgnacja - cera sucha i bardzo sucha - Olejek Ostowy i Nasiona Chia
        • pielęgnacja - cera dojrzała - Argan & Amarant
        • pielęgnacja - ręce
        • pielęgnacja - ciało.
        Po szersze informacje zapraszam na polską bądź międzynarodową stronę Dr.Scheller. Na tej drugiej znajdziecie również dokładne składy wszystkich kosmetyków.

        Dodam jeszcze, że kosmetyki te można kupić m.in. w sieci drogerii SuperPharm, Natura czy A'propos. Jeśli chodzi o pielęgnację twarzy, to ceny kształtują się w okolicach 40-50zł za krem/serum do twarzy i ok. 20zł za serię oczyszczającą, ale warto polować na promocje. Sama kremy kupowałam po 30zł, serum 38zł, a żel i tonik po 15zł. Ceny kremów do rąk to ok. 13-16zł, ale w promocjach już za 9-10zł. Ceny balsamów to ok. 30zł, a w promocjach nawet 10zł taniej.

        Zdjęcia kosmetyków pożyczone ze strony http://dr-scheller-cosmetics.pl, a opis marki Dr.Scheller zaczerpnięty z ulotki.
        Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

        Popularne posty